|
piątek, 11 listopada 2011
55. Opłaca się być skurwysynem
Poprzedni rok akademicki nazwałem rokiem wódki. Obecny pragnąłem nazwać rokiem kawy. Chciałem zakląć w sobie pracowitość, determinację, pozytywne, optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Na pohybel przeszłości. Dziś, w tym październikowym zmroku, uświadamiam sobie, własną pomyłkę. Wobec tego świata nigdy nie zdołam być entuzjastą. Starałem się, to prawda. Udało mi się spędzić w ekscytacji dwa i pół miesiąca. Miałem autentyczną chęć pracy i rozwoju. Na ustach nosiłem uśmiech niemal zupełnie wyprany z ironii. Byłem życzliwy wobec przyszłości. Niesłusznie. Jak zwykle, jak zawsze, jak zazwyczaj, jak co dnia – świat zawiódł. Przedmioty, z którymi wiązałem nadzieje, na które chciałem spożytkować energię są przez prowadzących traktowane niedbale, zaś te, co do których wierzyłem w racjonalność ich wykładowców, w ich zmysł podpowiadający, że można sobie odpuścić, otóż w tym wypadku widzę zaciekłość i determinację. Wokół mnie narasta aura absurdu. Psuje mi się elektronika, obuwie, nawet wino trafiam ze zgniłym korkiem. Od dłuższego czasu mam kosmicznego pecha, ale fluktuacje nieprawdopodobieństwa w tym miesiącu urastają do poziomów niespotykanych. W połączeniu z nieudolnością, gnuśnością oraz tępą zaciekłością ludzi poniekąd posiadających w swoich rękach mój los nastraja to moje fale mózgowe na oscylacje ponure. Tyle starań poczyniłem przez ostatnie lata, taki ogrom wysiłku wziąłem na własne barki, a mimo tego zupełnie pozbawia się mnie perspektywy nagrody; cały ten heroizm mobilizacji okazuje się być syzyfową pracą – po raz kolejny głaz stacza się w podnóże wzniesienia oczekując kolejnych zmagań. Od lat nie byłem na wakacjach, nie wypoczywałem prawdziwie. Nie mam przyjaciół. Ludzie, którzy są relatywnie blisko mnie nie są godni zaufania, w chwilach trudnych nie potrafią okazać najmniejszego wsparcia, zdają się być nielojalni, chimeryczni w swoich relacjach. Oczekują jedynie rozrywki. Nie odnajduję wokół żadnej interesującej osobowości, wszystko to płaskie, zwyczajne jednostki, z którymi można porozmawiać o pracy, piciu albo co najwyżej o nowych koszulkach reprezentacji piłki nożnej lub rozróbach na Placu na Rozdrożu. Absolutnie nie ma mowy o jakichś niebanalnych dyskusjach. Nie zajmuje ich nic ponad automatyzm codziennych czynności, nic poza mainstreamowym przekazem medialnym. W każdym widzę zupełny brak pasji, brak autentyczności. Wydmuszki. Plastikowe kukły. Mój entuzjazm, tak pieczołowicie hodowany, ścięty został pierwszym przymrozkiem codzienności. Nie widzę sensu w najmniejszych staraniach. Świat jest niekoherentny, pozbawiony logiki. Nagrodą za wysiłek jest szyderstwo. Premią za cynizm akceptacja. Konsekwencją idealizmu fanatyzm. Przyczyną porażki uczciwość. Opłaca się nie robić nic. Opłaca się być skurwysynem.
niedziela, 23 października 2011
54. Muszle w piaskach internetu
Pisuję maile, loguję się na komunikatory, publikuję na fejsie i każda z tych czynności pozbawiona jest - jeśli nie jakiejkolwiek, to przynajmniej symetrycznej – reakcji. Grono kilkudziesięciu znajomych okazuje się być cyfrowymi kukłami, które albo jedynie chłoną informacje, niezdolne do tworzenia własnych oraz odpowiedzi na zaistniałe, albo są wydmuszkami, pustymi profilami, muszlami dawnych właścicieli pozostawionymi na piaskach Internetu. Rzeczywistość nie wygląda zresztą o wiele lepiej. Nie odgadnę już nigdy, jakimi czynnościami większość znanych mi osób pogania wskazówki zegarów. Niektórzy ponoć grają, inni piją, większość pracuje, jakiś odsetek się uczy. W miriadach zajęć trwonią istniejące i potencjalne więzi społeczne, w istocie skonstruowani wsobnie, rzekłbym – będący produktem czasów atomizacji i rozpadu relacji. Żeby to jeszcze było, jak zarzut wobec Houellebecqa, moją projekcją własnego statusu na ogół społeczeństwa! Kiedy jednak z zaciekawieniem obserwując możliwe do obserwacji osoby dostrzegam olbrzymie podobieństwo w trybie życia. W najlepszych wypadkach jest to zamknięcie w niewielkim gronie realnych znajomych i cyfrowa proteza w postaci wirtualnych znajomości, miałkich, pozbawionych jakiegokolwiek realnego kształtu i wartości zapisów na twardych dyskach serwerów. Najgorszymi przypadkami są ludzie żyjący niemal wyłącznie w kręgu najbliższej rodziny, a i takich dostrzegam. Nawet nie tylko przez ich znajomość. Często ostatnio, wręcz obsesyjnie, natrafiam, na osiedlu i nie tylko, na pokraczną parę matka-córka, w której na pierwszy rzut oka widać, że ta druga jest starą panną, pierwsza zaś wdową lub przynajmniej rozwódką... Może zresztą opowieść o atomizacji jest tylko barwną narracją, a stan rzeczy istnieje jeśli nie od zawsze, to przynajmniej od długiego czasu? Te żony-matki zamknięte w rodzinnym kręgu. Ci mężowie-pracownicy kontaktujący się niemal wyłącznie z kolegami z pracy. Te dzieci w gettach szkół niższej i wyższej scjencji. Starcy w grobowcach kościelnych naw.
czwartek, 06 października 2011
53. Piorun sycylijski
Śnił mi się piorun sycylijski. Zbudził mnie telefon. Chiński. Naprawdę. Śniło mi się, że się zakochałem. W jakiejś pieprzonej marze. Będę jej teraz szukał w uniwersum snu każdej nocy.
czwartek, 29 września 2011
52. Nawóz
W końcu jesień - wreszcie jestem u siebie. Dzień zlewa się z nocą i ostre słońce nie wyrywa mnie ze snu przeciągającego się poza południe. Przestrzeń ulicy topi się w dusznym bajorze szarości, jak ja tonący każdego dnia w bagnie niemocy. Chmury niczym opary rtęci obierają miasto z sił, jak solidna, porządna depresja unieszkodliwiająca wszelki zapał i wulgarną, bezczelną żywotność. Dionizyjskość ohydnego świata pełnego sukcesu i nabrzmiałego siłą piękna. Oto na moich oczach świat umiera. Umierają strzępy trawy, gnije chlorofil liści, topnieje letni makijaż kobiet. Umiera Europa pogrążona w potężniejących protestach, strajkach, sprzeciwie, lecz i baranim posłuszeństwie z drugiej strony. Umierają gospodarki i umiera Somalia. Umiera Libia i bezdomni, bezrobotni Amerykanie. Umiera PoLski Nowy. Umiera stary parlament. Stary rok również coraz bliższy śmierci. W tym rozkładzie jest mi przytulnie. Nie usypiam może ze spokojem, lecz spokojniej śpię. Z perwersyjnym uśmieszkiem patrzę w okno pokoju i okno przeglądarki internetowej, w obu widząc w istocie to samo. Jestem zmęczony. Tak szalenie zmęczony. Jak ta Europa, jak ta gospodarka, jak przyroda, bezdomni Amerykanie i Kaddafi uciekający przez złote piaski pustyni ze złotymi sztabami menniczego kruszcu. Jakbyśmy już wszyscy mogli jedynie za nawóz w orce przyszłej wojny, za kompost pod kolejny z nowych ładów posłużyć…
wtorek, 13 września 2011
51. Chciałbym uciec stąd i zapomnieć o wszystkim
Nie znoszę swojego życia. Przynajmniej ostatnich lat. Złe emocje, złe zajęcia, zdecydowanie zbyt wiele zmarnowanego czasu. Chciałbym być użytecznym idiotą, nadal wierzyć w społeczne obietnice szczęścia dla pracowitych, porządnych obywateli. Niestety przestałem się nabierać na te slogany. Patrzę w strony skryptu zabazgrane matematycznym pismem i heroizmu ode mnie wymaga, bym nauczył się kolejnej definicji, kolejnego twierdzenia. Nie przez trud tej nauki, lecz bezzasadność. Pracownik zawodu, w którym się kształcę stwierdza na targach pracy „70% tego, czego uczyłem się na studiach do niczego mi się nie przydało”. I ja to doskonale wiem. Ten przedmiot, jak kilkanaście innych, jest wyłącznie trwonieniem młodości i czasu i sił. Nauka na pamięć regułek, których nigdy nie będę używał wywołuje we mnie coraz większe mdłości. Nie chodzi o lenistwo. Chodzi o sens. Sens, którego w tym nie odnajduję. Nawet lepsza przyszłość jest tutaj mitem. Przeglądam naszą-klasę i w nieukach z podstawówki widzę zadowolonych emigrantów w niewymagających zawodach. Uśmiechnięci, pogodni. Jeden przy samochodzie, drugi na wakacjach. Tymczasem ja jeżdżę komunikacją miejską, a na wakacjach byłem ostatnio pięć lat temu. Żeby było jeszcze ironiczniej mogę liczyć na zarobki mniejsze, niż oni, a wyjazd zagraniczny – wymagający ode mnie doskonałej znajomości języka, w przeciwieństwie do nich, by pracować w zawodzie – nie da mi takiego zysku jak im. Tyle lat wierzyłem, że ich dziecięcą dominację prostackiej siły wynagrodzi mi dominacja ekonomiczna w wieku dojrzałym; że my, najlepiej się uczący będziemy wynagrodzeni za nasz wysiłek w dającej się przewidzieć przyszłości – spotykam dziś kolegę, jedną z trzech najlepszych osób z klasy z podstawówki i słyszę, że nie może znaleźć pracy. Ja ją znajdę, może nawet po 10 latach uzbieram na 50 metrowe mieszkanie. Osoby, które kiblowały, miały dwóje i skończyły na gimnazjum mają w najbliższym czasie budować domy. Jestem oszukany i wzgardzony. Jesteśmy. My – pokolenie młodych, wykształconych, z dużych miast.
piątek, 09 września 2011
50. Front wojny z samym sobą
Kolejna bezsenna noc. Nie umiem już spać. Nie umiem już żyć. Zadaję sobie pytanie – czy chciałbym, żeby moje życie wyglądało inaczej? Odpowiadam twierdząco. I nie jest to odpowiedź rozmarzona… że chciałbym być zabójczo przystojnym, niebagatelnie inteligentnym milionerem zakochanym z wzajemnością w dobrej, mądrej, pięknej kobiecie. Nie – chciałbym inaczej żyć. Podejmować inne decyzje, zmienić nawyki. Z drugiej strony wiem, że postępuję w ogromnej mierze racjonalnie. Tyle, że ten racjonalizm wymaga heroizmu, pewnych poświęceń w imię przyszłości, które bolą. Nieprzewidzianą ich konsekwencją jest odkształcenie umysłu. Bezsenność nie bierze się znikąd. Permanentne wkurwienie również. Słucham ostatniej płyty Pezeta. Powinienem zajmować się czymś konstruktywnym, nie siedzeniem w słuchawkach nad ranem, co nie zmienia faktu, że płyta jest niezła. Zdumiewa mnie, że to jego kolejny album w innym stylu, który znów mi się podoba. Oczywiście zakochałem się w beatach Noona z Muzyki klasycznej, ale proste syntetyczne pejzaże sklejone z samplowanym kobiecym wokalem o podkręconym pitch’u w Jestem sam mają w sobie ogromny urok. Połamany rytm Dopaminy jest imponująco świeży. Choć arpeggia w stylu „Amiga 1985” z początku tytułowego kawałka, to jawna inspiracja Ayo technology 50 centa… I nadal nie robię tego co powinienem. 49. Martwy rok
Martwy rok KSU stał się tej wiosny barometrem mojej tożsamości, dołączając do Stu tysięcy jednakowych miast Comy i Jestem tylko przechodniem Raz dwa trzy. Z każdym z tych utworów kojarzę pewien kadr, niezapominany awatar dla muzyki, co stała się przytulną kotwicą mojej dryfującej pamięci. Pierwsze takty, pierwsze nuty – dis, dis, fis, f, f, dis razy trzy i cis, f, cis, dis i od nowa. A potem rytmiczny SFX. A potem perkusja i syntezator. A potem wokal Roguckiego – „przedostała się w parszywy czas, przez ulice zakażone bezradnością dni, przez korytarz betonowych spraw…”. I widzę się sprzed lat, sprzed lat wypełnionych tym betonem, bezradnością dni, sprzed parszywych lat, w zachwycie, którego już nie umiem uskuteczniać. Nut Raz dwa trzy nie przytoczę, bo Jestem tylko przechodniem zaczyna się na tyle skomplikowanym solo, że brak mi cierpliwości do stukania w klawisze, by odtworzyć melodię, zaś słuchu absolutnego nie mam. Powiedzmy zatem – Hammond. Na jednym tonie. Z tła nadciągający. Potężniejący z każdym taktem. Niepokojący. Zimny. Nie trzeba mi nawet usłyszeć wyczekiwanego rymu hi-hata, żeby ujrzeć jesienne popołudnie i siebie w pewnym tramwaju, na pewnej ulicy, wgapionego w smugi ulicznych świateł na szarobłękitnym tle zmierzchającego nieba. Od niedawna fraza „martwy rok, kolejny martwy rok” przypomina mi smutną wiosnę, przez którą brnę, tak fałszywie zieloną i promienistą, aleją, w stronę murów już bez kokieterii chłodnych i wrogich. Nobuyoshi Araki, japoński fotograf, dla zapewnienia wieczności chwilom swojego życia zwykł robić zdjęcia. W jakimś dokumentalnym filmie tak właśnie twierdził –w migawce obiektywu, w kadrze zdjęcia utrwalał kruchą teraźniejszość – In memoriam, by nie zapomnieć. Że jestem z natury bardziej audytywny, przywiązuję się do piosenek. Człowiekowi potrzeba nieśmiertelności. Choćby pojedynczych chwil.
sobota, 03 września 2011
48. Oczy tej małej
Kiedy wokół mnie sto filmów, dwieście książek i cztery i pół tysiąca albumów, a ja czuję, że nie mam co robić – wiem, że coś się ze mną dzieje, parafrazując kultowego księdza Natanka. Nieuchronnie napadają mnie wówczas myśli, a one są zawsze przeciw mnie. Z niepokoju bezczynnego umysłu wydobywają się echa wspomnień przedwiecznych, niemal paleolitycznych. Przysypane popiołem z węgla kolejnych zim wstają, otrzepują się i ożywają. Nieopatrznie coś klikam i włączam. Klikam, bo przecież już tylko w wirtualnym świecie żyję. Częściej otwieram okna w komputerze, niż w mieszkaniu. Więc klikam coś niezdarnie i słyszę muzykę. W zły czas ten utwór. W zły czas. W zbyt dobrym go czasie słuchałem, by nie przywiódł mi go na myśl. Przez ułamek sekundy czuję to, co czułem wtedy. Jest niedobrze. Znów nabieram przekonania, że jedyne czego jeszcze chcę, to cofnąć się do tej jednej minuty, gdy gapiłem się w jej błękitne oczy i w tej minucie spędzić resztę życia, a najlepiej wieczność. Bardzo niedobrze. To mi może popsuć plany. Tak ładnie już szło mi poprawianie wydajności i nastroju kawą. Nawet z tych 20% Doktora Faustusa zrobiłem już (a może dopiero…) 50. Zaczynałem być konstruktywny. Wykonywać plan. Nie miałem może tylko komu go, poza sobą, meldować... Nikogo on nie obchodził. Moje fascynacje, zamierzenia i w ogóle życie wewnętrzne pozostaje do bólu głowy wewnętrzne, bo zupełnie, ale to absolutnie nikt nie wyraża nim zainteresowania, a wszelkie moje ostatnio wobec innych osób prowadzone wynurzenia kwitowane są obojętnym spojrzeniem wyrażającym oczekiwanie końca zdania. I tu taka, kurwa, wpadka. Melancholia. Może to przez tego Manna i opisywane Adrianowi plugawymi ustami Sammaela czeluście – że jakaś analogia i za sprawą literackich wyobrażeń piekła nasuwa się chęć wyobrażenia nieba, które już przecież we mnie istniało, a przypomniało się jedynie – i wcale nie przypadkowo w tę melodię kliknąłem? Kiedy sobie, nawet na nanosekundę, przypominam ten krótki czas, w którym byłem tak beznadziejnie zakochany, cała reszta życia wydaje mi się tylko zbędnym dodatkiem. Zresztą na dobrą sprawę z punktu widzenia biologii jest zbędnym dodatkiem, a właściwie mogłaby być, gdybym wtedy ojcem został, do czego jednak nie doszło. Marność pozostałych chwil jest porażająca, jeśli się odpowiednio skupić na tej jednej. Choć przecież wiem, że dobrych, nawet wyśmienitych chwil było więcej, nie tylko zresztą z tym epizodem związanych, to jednak urasta ten moment, a właściwie już urósł, do rozmiarów symbolu, legendy opowiedzianej samemu sobie tyle już razy, że jak w porzekadle Goebbelsa stała się prawdą; może i ciałem zresztą. Tak sprawnie rozpoczętą regulację własnych emocji zachwiała mi tak niespodziewana eksplozja zegarowej bomby z przeszłości. Ładunku atomowego, w dodatku wyposażonego w liczne głowice, wycelowane w każdą z sekund przyszłości. Zdolne rozsadzić dowolny z mozolnie wznoszonych obelisków ładu. I cóż, co z tym wszystkim począć? Tym retorycznym pytaniem miał się tekst skończyć, ale przypadkiem pod pewnym zdjęciem na twitpicu natrafiam na cytat, który pięknie mi się tu wpasowuje: "Don't try to solve serious matters in the middle of the night." - Philip K. Dick
piątek, 26 sierpnia 2011
47. Jałowy rok
Nabyłem drogą podarunku ekspres ciśnieniowy oraz drogą kupna 250 g Lavazzy. Będę się leczył z przekraczającego granice przyzwoitości rozmemłania i zgnuśnienia. Rzekłem. Od dwóch miesięcy nie umiem się pozbierać. Czas przecieka mi już nie przez palce, ale w ogóle przez organizm. Zawsze mi umykał, ale robi to zwinniej. A tu chwytać trzeba. I przyduszać dziada. Się miałem zabrać za Manna, ledwie 20% normy wyrobiłem. Się za Norwida chwyciłem, też jakieś ochłapy. Siedzę na fejzbuku, czytam prasę, słucham radia, oglądam telewizję. No słowem – marnuję tlen i glukozę. Kalorie zaprzepaszczam. I nawet z dnia na dzień odkładam te filmy nieszczęsne – Dzikość serca, Śmierć i dziewczynę, Dziecko Rosemary, Pillow book, Balzaka i małą Chinkę, In the mood for love, Listę Schindlera… Kurwa – tyle lat mieć i nie widzieć Listy Schindlera w całości! Skandal. Chamstwo! Prostactwo i upadek rozumu. Miałem się rozmówić z kilkoma osobami. Jak nie powyjeżdżali, to się pozaszywali, to zapracowani, to mnie się znowu nie chce. Co za fatalny rozkład społeczeństwa… Ma wyjść wkrótce nowy Houellebecq. Czekam z niecierpliwością. Już wiem, że Mapą i terytorium będzie naznaczona jesień. Widziałem też zapowiedź wydawniczą korespondencji BHL – Houellebecq. Również smakowity kąsek. Może w końcu będą jakieś zachwyty w tym jałowym roku.
niedziela, 14 sierpnia 2011
46. Dorastanie
Być może za dojrzałość należy uznać pogodne spojrzenie na świat, o którym wie się, że jest kipielą zła, niesprawiedliwości i bólu, w którym nie zwycięża lepszy, a silniejszy, gdzie nagradzany jest bardziej pyszny i zarozumiały, a nie pracowity i poczciwy, że jest miejscem, gdzie paruje niewolniczy pot i z wolna schną kałuże bezbronnej krwi? Nie jestem jeszcze dorosły. Doskonaląc zrozumienie mechanizmów świata jestem rozrywany eksplozjami własnych buntów. Sprzeciwiam się nieuchronnemu. Denerwować się niesprawiedliwością, to jak wznosić w przestrzenie protest przeciw wartości stałej Plancka. Nie ma większej tragedii nad bezsilność. Jestem niemal na dnie społecznej drabiny, razem z resztą rówieśników, tymczasem nasi poprzednicy połamali szczeble. Przed nami nieskończoność prostych równoległych. Wznieść się wyżej można jedynie po głowach, po zwłokach tego przeklętego pokolenia. Nigdy nie będziemy właścicielami mieszkań i samochodów. Nawet nasze kobiety w większości porzucają nas dla wygranych lub choćby mniej przegranych. Nie czkają nas rodziny, bezpieczeństwo pewnego etatu, starość z wadliwym wzrokiem spoglądającym na gromadę wnuków. Inteligenci zostali zrównani z gruntem, po latach studiów czeka ich pensja niższa, niż kierowcę tira lub murarza, a często żadne zajęcie poza beznadzieją bezrobocia. Ci zaś, którzy pracują w garstce zawodów pożądanych grabieni są przez neokolonialną politykę korporacji, co w krajach Europy Środkowo-Wschodniej odnalazły zagłębie taniej siły roboczej, oraz państwo, podatkami finansujące przywileje zgrai bystrych opierdalaczy (wskaźnik zatrudnienia wynosi w Polsce 59,3% osób w wieku produkcyjnym). Nie potrafię zdobyć się na pogodne przyjęcie stanu rzeczy do wiadomości. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tagi
|